Pokonałam zaawansowanego chłoniaka Hodgkina

Facebook
Twitter
LinkedIn
Email

Pewnego dnia całe moje dotychczasowe życie legło w gruzach. Zachorowałam na nowotwór – chłoniaka Hodgkina. Można powiedzieć, że nie jest to taka zła diagnoza w porównaniu do innych rodzajów nowotworów. W moim przypadku jednak nie było to takie oczywiste. Miałam czwarty stopień zaawansowania choroby, czyli jednym słowem najgorszy. Nowotwór był rozsiany w prawie wszystkich węzłach chłonnych, dochodziły do tego liczne nacieki nowotworowe. Nie mogłam chodzić, ponieważ był ucisk na rdzeń kręgowy. Poruszałam się ostatkiem sił przy chodziku. Wyglądałam jak zombi, tak bardzo choroba mnie wyniszczyła.

W tamtym momencie nie wiedziałam, że jestem aż w takim złym stanie i w każdej chwili mogę umrzeć. Tak naprawdę to nie chciałam tego wiedzieć. Nie pytałam się lekarzy jaki jest mój prawdziwy stan zdrowia a oni jakoś tak z własnej woli też mi nic nie mówili konkretnego. Wiedziałam tylko tyle, że nie mogę się poddać. Rodzina znała prawdę. Lekarze powiedzieli jej, że stan jest bardzo ciężki i trzeba przygotować się na wszystko. Padło nawet przypuszczenie, że pierwsza podana chemia może mnie zabić, gdyż nie wiadomo czy wycieńczony organizm przetrzyma dawkę tak mocnych leków. Oczywiście ja nie byłam tego świadoma i z nadzieją czekałam na pierwszy wlew. Stwierdziłam, że muszę szybciej przyjąć leki, aby odzyskać nogi. Cofnięcie się niedowładu było dla mnie priorytetem w tamtym momencie. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę zostać niepełnosprawna do końca życia. Dopiero później się dowiedziałam, że lekarze w dużej mierze sądzili, że skończę na wózku, jeśli w ogóle przeżyję.

kaśka w trakcie leczenia chłoniaka

Moje podejście do sytuacji było cały czas pozytywne. Nie miałam myśli, że umrę lub się nie uda. Sądziłam, że to taki przejściowy, trudny okres w życiu. Podczas pierwszej chemii nawet poczułam ulgę, że niebawem pewnie odzyskam nogi i zmiany w organizmie zaczną się cofać. Zdawałam sobie sprawę, że prawdopodobnie będzie to długotrwałe leczenie, lecz wierzyłam, że będzie skuteczne.

Samo przyjmowanie chemii może okazać się niewystarczające. Faktem jest, że biochemia mózgu wspomaga lub osłabia skuteczność każdego leku. Myślenie pozytywne działa na korzyść. Po pierwszej dawce jedynymi skutkami ubocznymi jakie odczuwałam był ból głowy, czułam się jak na kacu. Nie było to nic specjalnego i zaskakującego. Nie nastawiałam się, że pewnie dopadną mnie nie wiadomo jak drastyczne skutki uboczne. Myślałam sobie, że ta chemia jest dobra, mnie uleczy i w ostateczności nic mi się od niej złego nie stanie. Wiadomo, były obecne spadki w morfologii, ale to norma.

Po paru dniach od wlewu zostałam wypisana do domu na dwa tygodnie. Wychodziłam ze szpitala jeszcze przy chodziku, ale wewnętrznie czułam, że nogi wracają. Może jeszcze nie było widać spektakularnych efektów, ale ja to czułam. Przy wypisie dostałam syrop na apetyt, który spowodował, że jadłam za dwóch. Jedzenie jest bardzo istotne w takiej sytuacji, aby odbudować organizm. Podczas pobytu w domu coraz bardziej wydawało mi się, że niedowład się cofa. W pewnym momencie odstawiłam chodzik i przerzuciłam się na laskę, gdyż mogłam już utrzymać się na własnych nogach. Byłam jeszcze tak słaba, że potrzebowałam jakiejś asekuracji, ale na kolejną chemię wróciłam już do szpitala z całkowitą siłą mięśniową w nogach. Lekarka przyjmująca mnie na oddział była zaskoczona tak szybką poprawą stanu zdrowia. Nie spodziewała się całkowitego cofnięcia niedowładu w tak krótkim czasie. Długotrwały ucisk na nerwy nie uszkodził ich. Wyszłam z tego bez szwanku.

Kolejne chemie również przechodziłam świetnie. Badania kontrolne robione co jakiś czas wykazywały duży regres choroby. Moja Pani doktor prowadząca stwierdziła, że jest to rewelacja. W końcu nadszedł upragniony czas całkowitej remisji choroby. Byłam już wtedy w bardzo dobrej formie fizycznej i cieszyłam się życiem.

Na koniec musiałam tylko „narodzić się na nowo”. Mianowicie trzeba było wykonać autologiczny przeszczep komórek macierzystych, który zapobiega nawrotom złośliwego chłoniaka. Spędziłam trzy tygodnie w izolacji, ale było warto. Wierzyłam, że przejdę to bez żadnych komplikacji i tak też się stało.

W tej chwili jestem prawie rok po przeszczepie i ostatnio robione badania kontrolne nie wykazały progresji choroby, wszystko jest w najlepszym porządku. Jak już mówiłam uważam, że w dużej mierze przyczyniła się do tego moja psychika, nie straciłam nadziei. Jestem pewna, że gdybym jej nie miała prawdopodobnie już by mnie nie było na tym świecie. Taki był właśnie mój scenariusz sądnych dni.

kaśka

Kaśka

Nie moglibyśmy działać bez wsparcia naszych Darczyńców. Pomóż nam działać dalej!

monster-aim-1.png

 

Fundacja Onkologiczna Alivia powstała w kwietniu 2010 roku. Założycielem jest Bartosz Poliński – starszy brat Agaty, u której 3 lata wcześniej, w wieku 28 lat, został zdiagnozowany zaawansowany rak. Rodzeństwo namówiło do współpracy innych.

W momencie diagnozy rokowania Agaty były niepomyślne. Rodzeństwo zmobilizowało się do poszukiwania najbardziej optymalnych metod leczenia. Nie było to łatwe – po drodze musieli zmierzyć się z niewydolnym systemem opieki onkologicznej, trudnościami formalnymi i problemami finansowymi. Szczęśliwie, udało się im pokonać te przeszkody. Agacie udało się również odzyskać zdrowie i odmienić fatalne rokowania. Doświadczenia te, stały się inspiracją do powołania organizacji, która pomaga pacjentom onkologicznym w trudnym procesie leczenia.

Fundacja naświetla problem występowania chorób nowotworowych u osób młodych. Propaguje także proaktywną postawę wobec choroby nowotworowej i przejęcie inicjatywy w jej leczeniu: zdobywanie przez chorych i bliskich jak największej ilości danych na temat danego przypadku, podejmowania decyzji dotyczących leczenia wspólnie z lekarzem. Podpowiada również sposoby ułatwiające szybkie dotarcie do kosztownych badań w ramach NFZ (kolejkoskop.pl), informacji o nowotworach złośliwych i ich leczeniu, jak również publikuje w języku polskim nowości onkologiczne ze świata na swojej stronie, jak i na profilu Alivii na Facebook’u.

W krytycznych sytuacjach fundacja pomaga organizować środki finansowe na świadczenia medyczne dla chorych, które nie są finansowane z NFZ. Zbiórkę funduszy umożliwia Program Skarbonka, które Alivia prowadzi dla potrzebujących.