– Nie jestem z „tych” McDonaldów. Wyjaśnię to na początku, bo moje nazwisko wzbudza sporo emocji. Jedni dopytują czy na pewno, bo może sobie z nich żartuję, a inni śmieją się, że mam smaczne nazwisko. A ja jestem McDonald po mężu, Bobie, rodowitym Szkocie, z którym wprawdzie małżeństwem już nie jesteśmy, ale pozostajemy dobrymi przyjaciółmi. Mamy syna, który również nosi to nazwisko, więc i ja przy nim pozostałam, aby nie komplikować sytuacji. No i mam jeszcze raka… – mówi Milena (42 lata).
Pochodzę z Ostrowca Świętokrzyskiego. Z wykształcenia jestem ekonomistką. Zaczęłam w Kielcach studia na wydziale dziennikarstwa i mediów społecznych, ale przerwałam je i wyjechałam do Szkocji. Był wtedy rok 2005. Polska niby była już w Unii Europejskiej, ale wciąż było u nas ponuro i ciężko było ruszyć z miejsca. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i w takich rodzinach jak moja, gdzie wciąż mawiało się, że… „nic się nie opłaci”. A ja chciałam udowodnić, że potrafię „rozwinąć skrzydła”.
W Szkocji żyłam 13 lat. Wśród ludzi aktywnych, otwartych i życzliwych. Wróciłam do Polski w 2017 r. z 5-letni synem. Zrobiłam to nie tylko dlatego, że bardzo tęskniłam za krajem. Chciałam, aby mój syn uczył się właśnie tutaj. Umówiliśmy się z Bobem, że będziemy „małżeństwem” na odległość. Ale… Co innego postanowienia, a co innego życie… Wróciłam wprawdzie do rodziny, ale nie mogłam się w niej odnaleźć. Miałam już „otwartą głowę”, chciałam działać, a im wciąż… „nie opłacało się”. Problem z aklimatyzacją miałam tak duży, że podjęłam terapię. Spiętrzały się też inne problemy: pandemia, ograniczenia w podróżowaniu, brak bezpośrednich kontaktów z mężem, trudy samodzielnego macierzyństwa. Po 6 latach rozłąki samotność i stresy zaczęły mnie coraz bardziej przytłaczać. Dlaczego o tym opowiadam? Bo uważam, że to one „uwiły wygodne gniazdo” dla raka…
Guzek w prawej piersi był niewielki. Badania wykazały, że to gruczolakowłókniak. Usunięto mi go podczas biopsji i zalecono regularne kontrole w przychodni przy wielospecjalistycznym szpitalu w Ostrowcu Świętokrzyskim. Przez trzy lata wszystko było w porządku. W lutym 2025 r., przed kolejną wizytą, wyczułam kolejny guz. Był już inny – twardy jak guzik i nie „pływał” pod palcami. Jak się później okazało „przywarł” do przewodu mlekowego. Już po minie lekarza, który mnie wówczas badał, mogłam się domyślać, że tym razem to coś poważniejszego. Skierowano mnie na USG, a potem na dalszą diagnostykę do Świętokrzyskiego Centrum Onkologii.
Dołącz do nas!
Tu znajdziesz przygotowane specjalnie dla Ciebie darmowe wsparcie w zmaganiach z rakiem!
„Machina” ruszyła. Dwadzieścia wizyt diagnostycznych, a na koniec biopsja gruboigłowa i diagnoza, że to nowotwór złośliwy potrójnie ujemny. Konsylium podjęło decyzję o leczeniu systemowym: 4 „chemie czerwone” co trzy tygodnie i 12 „białych” co tydzień, z jednoczesną immunoterapią. Jak to wszystko będzie wyglądać…? Nie wiedziałam. Po pierwszej chemii wyszły mi włosy. Nie tylko na głowie, ale z każdego skrawka ciała. To było najbardziej traumatyczne przeżycie. Dla mnie to nie były tylko włosy. To był symbol mojej kobiecości. Nie mogłam do tego przywyknąć, przestałam się malować – bo i po co? Chustki, peruki i turbany nie pomagały.

„Byle do „białej”! Wytrzymaj!” – tak mnie pocieszali. Zagryzałam zęby, zaciskałam pięści (jeśli tylko mogłam) i czekałam na „białą”. I czułam się coraz bardziej „zatruta”. Bo ja nie wymiotowałam, nie byłam wychudzona. Całe moje ciało puchło, dusiłam się i czułam, że ta „chemia” we mnie zostaje. Fizycznie „poległam” po trzeciej „chemii czerwonej” – ogromny ból, zmęczenie, gorączki limfatyczne, brak snu, lęki, porażenie nerwów w nogach i rękach; myślałam: co się ze mną dzieje? Trzymałam się jednak dzielnie. Mówiłam sobie: jeszcze jeden wlew wytrzymam, a potem już biała i będzie łatwiej… Niestety nie było łatwiej! Opuchlizna, duszności, drgawki mięśniowe, brak siły, coraz większe lęki i bezsenność prowadziły do dalszych badań, które potwierdziły wzrost guza. Chemię przerwano. Lekarze podjęli decyzję, aby poddać mnie operacji oszczędzającej z wycięciem odpowiedniego marginesu i węzła wartowniczego. Po zabiegu czułam się lepiej. Ale to nie był koniec leczenia. To był początek następnego etapu.
Nazywam go powrotem do normalności. Jestem w trakcie pooperacyjnego leczenia systemowego: chemioterapia w tabletkach (7 pigułek dziennie, a mam ich wziąć w sumie… 700!), do tego: radioterapia, dokończenie immunoterapii i rehabilitacja. Ćwiczę, zaczynam wracać do biegania (kiedyś lekko 5 km dziennie – teraz ledwie 2, a i tak jestem po nich zziajana jak pies). Ale nie wszystko idzie gładko. Szykowali mnie do immunoterapii, gdy okazało się, że… wątroba nie pracuje. Dostałam sterydy, a wraz z nimi tak potężną dawkę „sztucznej energii”, że odnosiłam wrażenie, że „latam pod sufitem”. Jestem po pierwszym wlewie immunoterapii. Sprawdzamy, czy wątroba od niej nie „zwariuje”. A ja…?
A ja zaczynam siebie w końcu… kochać. Z tymi odrastającymi siwymi, kręconymi (!) włosami, z cellulitem, grubymi nogami (bo na sterydach przytyłam) i opadającymi powiekami. A był czas, że nie chciałam żyć… Kiedy leżałam, zwijając się z bólu, kiedy nie mogłam wykonać najprostszych czynności, kiedy potrzebowałam „podwózki”, kiedy kolejni ludzie odchodzili, sama nie wiem dlaczego… Może nie umieli ze mną rozmawiać i być. A teraz, jeszcze z tym rakiem, jeszcze przed uderzeniem w Dzwon Życia, czuję, że dostałam szansę na nowe życie. I cieszę się. Z tego, że budzę się, że mogę wypić kawę, że mogę wsiąść do samochodu i poprowadzić go (bo już nie mogłam), że mogę iść do sklepu po zakupy (bo też nie mogłam). Doceniam ludzi, którzy są koło mnie, którzy przy mnie zostali, którzy wspierali mnie obecnością, wyręką w pracach domowych i załatwianiu spraw, a także organizując zbiórki na moje leczenie, gdy skończyły mi się pieniądze.

A pieniądze są bardzo ważne w leczeniu. I wciąż mówi się o tym za mało, więc ja chcę się teraz ukłonić z podziękowaniem… Kiedy wróciłam do Polski, pracowałam przez chwilę jako przewodniczka, a kolejne 8 lat jako… koronczarka w szwalni. Dla wielu ta praca może wydawać się mało ambitna, ale matce, która sama wychowuje dziecko, dawała to, co najważniejsze: stałe godziny pracy i stałą pensję. A kiedy okazało się, że mam raka, otrzymałam od firmy jeszcze jeden dar – pomoc w załatwianiu wszystkich formalności, całej „papierologii” związanej ze zwolnieniami lekarskimi i zapewnienie, że jak tylko tego raka się pozbędę, to mogę do nich wrócić, bo na mnie czekają… A drugi ukłon składam tym ludziom, i znanym mi i zupełnie obcym, którzy podzielili się ze mną swoimi pieniędzmi, wierząc, że wyzdrowieję. Te gesty dały mi poczucie, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że jestem ważną częścią pięknej społeczności, która potrafi się jednoczyć.
Rak zmienia. Zmienia codzienność, plany, tempo i zakres czynności, które zwykle wykonujemy bez zastanowienia. Rak zmienia też priorytety. Mam teraz wrażenie, że 42 lata mojego życia, skupione na zadowalaniu innych jakby przeciekły mi przez palce. Teraz każda chwila, godzina, dzień są dla mnie ważne. Wiele spraw, które kiedyś miały dla mnie znaczenie, teraz są ważne mniej lub są w ogóle nieważne. Jestem dla siebie wyrozumiała i troskliwa. Mówię też wprost o swoich lękach, obawach… Uwierzysz, że tym, co mnie najbardziej przerażało w leczeniu raka były… igły? Może to banalne, ale gdybym o tym nie opowiedziała psychoonkologowi, to nie dowiedziałabym się, że istnieje coś takiego jak port… Rak dał mi ból, cierpienie, niemoc. Ale rak dał mi też poczucie, że jestem dla siebie ważna. Opowiadam więc moją historię, abyś odkryła – odkrył, że czasem ten rak jest po coś. Ale to Ty musisz odkryć, po co on jest…








