– Ten rak żołądka to mnie totalne zaskoczył. Bo ja zawsze bardzo zdrowo się odżywiałam. Nie miałam żadnych fobii żywieniowych, tylko po prostu lubiłam warzywa. Zwłaszcza te zielone. Mąż się śmiał, że gdyby mnie na trawę wypuścić to i ją bym zjadła – mówi Anna Bloch (51 lat) z Nieporętu.
Małżeństwem weekendowym byliśmy przez kilka lat. Ja mieszkałam z dziećmi w mojej rodzinnej Legnicy (woj. dolnośląskie), a mąż pracował w Warszawie. W czwartki po południu pakował torbę, przyjeżdżał do nas, abyśmy soboty i niedziele spędzili razem w domu, albo na jakiejś wycieczce. A w poniedziałek mąż wracał do Warszawy. Kiedy syn miał pójść do szkoły, zbuntowałam się: albo wracamy do Legnicy, albo wszyscy przenosimy się do Warszawy, bo dłużej tak być nie może. I tak wyszła nam ta stolica. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej jazdy, jako kierowca, do tego miasta. Wieczny ruch, multum aut, ulice, których nie znałam. Bałam się, że się zgubię. I pamiętam pierwsze miesiące, które spędziliśmy w mieszkaniu w ścisłym centrum. Godzina 3-4 rano, a już wszystko tam zaczynało żyć i wydawać odgłosy. Na szczęście szybko przenieśliśmy się na zieloną Białołękę, a potem do własnego domu w Nieporęcie.

Czego to ja w życiu nie robiłam… Skończyłam studium bankowości, ale z tym zawodem związana byłam tylko przez kilka miesięcy. Bardzo lubię ludzi, więc rodzaj pracy nigdy nie miał dla mnie znaczenia. Ważne było, aby mieć kontakt z ludźmi. I jeszcze żebym mogła im jakiś sposób pomagać. Dużą frajdę miałam z pracy w salonie jubilerskim. Inne dziewczęta mawiały, że mężczyźni przychodzą tam, nie żeby coś kupić, ale żeby ze mną poflirtować. Cóż… Lubię gadać. Także z dziećmi. Więc nawet jako kierowniczka przedszkola chętnie pomagałam maluchach. Bo ja z natury jestem otwarta, kontaktowa i uśmiechnięta. Nawet kiedy świat walił mi się na głowę, to zawsze znajdowałam wyjście z sytuacji.
Ta pogoda ducha bardzo mi się teraz przydaje. Po pierwsze w pracy. A pracuję w Stołecznym Centrum Bezpieczeństwa. Brzmi poważnie i takim jest to miejsce. To my dbamy o to, aby miasto działało według ustalonych zasad i aby wszyscy jego mieszkańcy czuli się bezpiecznie. Trafiają więc do nas sprawy przeróżne. A to ktoś zadzwoni, że jakaś podejrzana paczka leży na ławce w parku. A to dostaniemy wiadomość od kogoś, kto planuje… samobójstwo. Ale zdarzyło się też, że ktoś poskarżył się na śmieci niewywiezione na czas. A my każdą taką sprawę musimy przeanalizować i przekierować do odpowiednich służb… No i jest jeszcze moja choroba…

Ból brzucha zaczął się trzy lata temu. Towarzyszyło mu napięcie mięśniowe. Myślałam: to menopauza. Wykonałam komplet badań, włącznie z kolonoskopią, gastroskopią i oznaczeniem markerów nowotworowych. Nie wykazały nic niepokojącego. Pod koniec lutego 2024 r., po USG dopochwowym okazało się, że na prawym jajniku mam guza. Czułam się tak, jakbym dostała łopatą po głowie. No przecież nie tak dawno, bo listopadzie, wszystko było w porządku… Szybko jednak zapanowałam nad nerwami, tłumacząc sobie: „Dzieci mam już dorosłe, kolejnych nie planuję – bez jajnika można żyć; ważne, żeby przerzutów nie było”. Dzieci pomogły mi zdobyć wszystkie informacje o drogach leczenia. W rodzinie zapanował stan gotowości: „wszystkie ręce na pokład” – żeby tylko mi pomóc. Onkolog, do którego trafiłam, specjalizował się także w nowotworach żołądka. Zlecił kolejne badanie – gastrokolonoskopię. Ot tak, na wszelki wypadek. Wyników badania nie chciał mi podać przez telefon. Cała struchlałam, kiedy w jego gabinecie dowiedziałam się, że mam… raka żołądka w IV stadium. A ten guz na jajniku to już przerzut…

Zdecydowaliśmy, że zniszczymy raka chemią. Przyjęłam pierwszy wlew i tabletki, a potem „wylądowałam” w szpitalu z… niedrożnością jelit. W ciągu doby moja masa ciała zwiększyła się o 20 kg! Tak dużo wody zebrało się w moim organizmie. Było naprawdę ciężko… Konieczna była natychmiastowa operacja. Polegała na usunięciu jajnika i wyłonieniu tymczasowej stomii. Wykonano ją bardzo nowocześnie, bo przy pomocy robota da Vinci dokładnie 9 lipca 2024 r., czyli w dzień urodzin mojego syna. Pomyślałam wtedy, że to znak – że na pewno wyzdrowieję. Na oddziale ginekologii spędziłam miesiąc. Dokarmiana kroplówkami, żeby wyprowadzić mnie ze stanu niedożywienia. Pod naprawdę cudowną opieką lekarzy, pielęgniarek i pań salowych warszawskiego szpitala przy ul. Szaserów. A mój onkolog jest tak empatycznym człowiekiem, że kiedy mnie odwiedzał (poza obchodami), to inne pacjentki do mnie przychodziły, żeby tylko pobyć w jego towarzystwie. Otrzymałam kolejny wlew chemii, a w październiku 2024 r. przeszłam następną operację, podczas której usunięto mi żołądek.
Dołącz do nas!
Tu znajdziesz przygotowane specjalnie dla Ciebie darmowe wsparcie w zmaganiach z rakiem!
W sumie, do końca kwietnia 2025 r. miałam 12 wlewów chemii. Co trzy tygodnie przyjeżdżałam do szpitala, aby spędzić w nim 3 dni. Byłam tak wymęczona, że chciałam tylko położyć się w łóżku i te wlewy przespać. Najtrudniejszy był pierwszy dzień. Nie pozwalałam wtedy nikomu mnie odwiedzać. Tylko mąż nie dał się przegonić. Powiedział, że musi być przy mnie, aby przynajmniej potrzymać mnie za rękę. W kolejnych dniach mąż, dzieci i przyszły zięć na zmianę czuwali przy mnie… Wsparcie bliskich jest niezwykle ważne. Ja go otrzymałam wiele. To moja rodzina dawała mi siłę i nadzieję na wyzdrowienie – choć oni sami też jej potrzebowali.
Najgorsza była ta obezwładniająca niemoc fizyczna. Tłumaczyłam sobie i innym pacjentkom jak ważne jest pozytywne nastawienie, że nie można się poddawać, że nie można myśleć tylko o chorobie… Ale było mi bardzo trudno tę bezsilność fizyczną zaakceptować. To takie upokarzające, kiedy jesteś dorosłą, samodzielną kobietą, taką, która przecież zawsze sobie radzi, a tu nagle przez chorobę nie możesz się sama umyć i musisz nosić pampersy… Pamiętam, że kiedy wróciłam do domu, pewnego dnia wstałam z łóżka, aby przy pomocy balkonika przejść do toalety i po kilku krokach po prostu… odpłynęłam w niebyt świadomości. Dzieci i mąż musieli mnie z powrotem do łóżka. Chociaż, pamiętam ze szpitala, że mężczyźni tę niemoc znoszą gorzej. Nie mogą się pogodzić z tym, że to kobieta, w dodatku obca, musi im pomagać, zwłaszcza w bardzo intymnych czynnościach. Wszystkim polecałam psychologa. Mówiłam: idź, sama/sam zobaczysz jak szybko się „otworzysz”. Wiem to, bo sama przez to przeszłam.

Stomię przyjęłam źle. Nie mogłam się przemóc. Przy zmianie woreczka ktoś musiał mi pomóc. Kłopoty z wypróżnianiem: biegunki, zaparcia i jeszcze wymioty – były na porządku dziennym. Nigdy nie wiedziałam co mnie akurat „dopadnie”. Musiałam też przejść na specjalną dietę. Najpierw były płyny i papki. Porcje nie większe, niż 100 gramów. Musiałam przecież nauczyć ten mój zmieniony układ pokarmowy działania w nowych warunkach. Moja mama siedziała przy mnie i tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, wmuszała we mnie jedzenie. A ja krzyczałam na nią, że już nie chcę, że mam jej dość, żeby sobie poszła. A potem ją za to wszystko przepraszałam. Bo cóż z tego, że jadłam różne produkty i pięknie podane, kiedy to wciąż była tylko papka. Pamiętam… W wigilię zadzwonił do mnie mój lekarz z pytaniem, jak sobie radzę psychicznie, a ja łykając łzy, pytałam, kiedy w końcu będę mogła wziąć do ręki bagietkę, albo ogórka i po prostu się w nie wgryźć zębami.

Drugi raz w życiu uczyłam się jeść. Podobnie jak w niemowlęctwie i wczesnym dzieciństwie, włączałam do diety kolejne produkty. Z wieloma z nich musiałam się pożegnać na zawsze np. kapustą, brukselką, fasolką szparagową, bobem, czosnkiem i cebulą. Choć, czasem, sięgam po ich niewielkie ilości, ale ze świadomością, że potem będę cierpieć… I zawsze muszę mieć zupę, najlepiej kremową. Albo chociaż kisiel. I muszą być gorące. Gdy je jem, czuję jak moje jelita uspokajają się. Jakby pod wpływem ciepła łagodniały.
Głód odzywa się regularnie. Co pół godziny. Apetyt mam ogromny, ale przytyć nie mogę. Przed chorobą ważyłam 70 kg, teraz 50 kg. I ile bym nie zjadła, waga więcej nie pokazuje. Przez jakiś czas „witałam” dzień porcją białka medycznego. Aż mi to białko już „uszami wychodziło”. W końcu przestałam je przyjmować. Jestem suplementowana, co miesiąc dostaję zastrzyki z witaminy B12, ale anemii nie udaje mi się pokonać.

Jestem teraz w remisji. Patrząc na inne kobiety, to według mnie i tak łagodnie przez to wszystko przeszłam. Choć co rusz zmagam się z jakimiś powikłaniami. Teraz walczę z niedrożnymi moczowodami. Założyli mi drenaż, próbują dociec, dlaczego mocz nie jest odprowadzany. Myślę sobie jednak, że ja wciąż żyję z taką bombą i to w dodatku z zepsutym zapalnikiem. Że wystarczy chwila i ta bomba zrobi we mnie wielkie buumm! Ten lęk dopada mnie zwłaszcza w dniu wizyty kontrolnej, a te mam co miesiąc. Ale nic to! Przetrwałam ja, przetrwała moja rodzina. Nie ważne, że wciąż jestem słaba. Najważniejsze, że nie mam przerzutów. Reszta jest do ogarnięcia…
Autorka: Magdalena Gajda na podstawie rozmowy z Anną Bloch








