Magdalena: raka nie ma, ale wciąż mąci mi emocje

Miałam męża, dwie córki, dobrą posadę, aktywne życie, nowy dom. I gdy wszystko zaczęło się fajnie układać, w jeden dzień, może życie się „zawaliło”… Po wstępnej diagnozie przestałam spać. Ze strachu, że już się nie obudzę. I tak do trzeciej chemii „czerwonej” – mówi Magdalena (42 lata).  

Zawsze miałam smykałkę do liczb. Zawodowo chciałam być blisko nich. Studiowałam więc najpierw marketing i zarządzanie oraz rachunkowość w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu, a potem, podyplomowo, kontroling i zarządzanie przedsiębiorstwem na Uniwersytecie Wrocławskim. Urodziłam się w Świebodzicach, ale od urodzenia mieszkam w Jaworzynie Śląskiej. Teraz już z mężem i naszymi bliźniaczkami. Miałam zatem wszystko, czego mi było potrzebne do szczęścia – włącznie z dobrą pracą oraz podróżami po Polsce i po świecie. I kiedy już osiedliśmy – nasz nowy dom na fundamentach, a my w nim, nasze życie wywróciło się do góry nogami… 

Brat chory na zanik mięśni. U mnie zagrożona ciąża bliźniacza i strach, że dzieci odziedziczą chorobę wujka. Śmierć brata po długim cierpieniu, gdy już moje córki miały 8 lat. I jeszcze nagły, rozległy udar u mojej mamy. Myślałam, że po tym wszystkim, to co najgorsze mam za sobą… Tym bardziej że pod opieką ginekologa byłam od dawna z powodu bolesnych miesiączek. Cały organizm badałam regularnie – zdaniem męża, aż do przesady. Nie przypuszczałam, że choroba nowotworowa zacznie się u mnie od przytycia i od tego, że jakoś wewnętrznie czułam się źle. 

Zrobiłam więc badania. Na tarczycę i cukrzycowe. Lekarz, który je analizował, powiedział, że… powinnam pójść do psychologa, bo wymyślam sobie choroby. Nie poddałam się. Wykonałam cały pakiet badań dla osób 40+, które pokazały podwyższone markery nowotworowe. Na prośbę mojej ginekolożki wykonałam cytologię i USG piersi. Lekarz, który wykonał to drugie badanie, wyszedł z gabinetu z jego opisem i powiedział tylko, że… mu przykro. Wróciłam z opisem do ginekolożki, a ta od razu skierowała mnie do Wrocławia, mówiąc, że to „zgrubienie” w mojej piersi to poważna sprawa, a ona zrobiła już wszystko, co mogła. Był grudzień 2024 roku… 

We Wrocławiu kolejne badania. EKG i cztery razy USG, aby sprawdzić, czy ten guz w mojej piersi naprawdę jest. Potem biopsja – dla mnie bardzo bolesna, bo pechowo, źle się wbili igłą. Lekarz oddał mi wyniki, dając mi do zrozumienia, że to rak, że szybko się rozwija i że… mam małe szanse. Określenie BI-RADS 4C, które było w dokumencie, wyjaśniła mi dopiero koleżanka z pracy, która również miała raka. A oznaczało ono, że wykryto u mnie w piersi zmianę o wysokim podejrzeniu złośliwości, która wymaga dalszych szczegółowych badań. Koleżanka poleciła mi swojego lekarza w Wałbrzychu. Wystarczył krótki mail z wynikami. Wysłałam go w czwartek. W poniedziałek byłam już na wizycie. 

W Wałbrzychu też zaczęli od badań. Ich liczba była spora. Musiałam jeszcze wykonać m.in. echo serca, scyntygrafię i mammografię. Za radą nowego lekarza, który się mną zajął, przeszłam też na zwolnienie lekarskie. Bo fizycznie czułam się coraz gorzej, a psychicznie w zupełnej rozsypce. „Musi Pani zebrać siły. Bo Pani jest dopiero na początku drogi…” – motywował mnie lekarz. 

Dołącz do nas!

Tu znajdziesz przygotowane specjalnie dla Ciebie darmowe wsparcie w zmaganiach z rakiem!

Konsylium zdecydowało o chemioterapii. Miałam dostać chemie „czerwone” i „białe”. Mówili mi, że ta „czerwona” jest gorsza, więc się na nią szykowałam, jakbym szła na wojnę. A okazało się, że nie było przy niej najgorzej. Tak, wypadanie moich długich, jasnych włosów było dużym szokiem i dla mnie samej i dla moich dziewczynek. Ważny był jednak cel: wyzdrowieć. Chemii „czerwonych” miałam cztery. Ta ostatnia z „przebojami”. Osłabł mój szpik kostny, musiałam go podbudować, zanim dostałam kolejny wlew.  

Po szóstej „białej” chemii pojawiły się komplikacje. Na powiekach i kancikach ust miałam ogromne liszaje. Buzia bolała mnie tak bardzo, że każdy łyk wody i każdy kęs był ogromnym wyzwaniem. Po kolejnych chemiach zaczęłam czuć się tak, jakby coś od środka rozsadzało mi żebra. Dostałam też neuropatii dłoni i stóp. Noszenie zamrożonych rękawic i skarpet nie pomagało. Po 11. „białej” chemii skóra mnie wręcz paliła, z paznokci sączyła się ropa, a stawy zupełnie odmówiły mi posłuszeństwa. Nie mogłam sama zrobić sobie czegoś do picia, jedzenia, nie mogłam zapiąć guzików, zasznurować butów, wyjść samej z domu. Stałam się osobą niepełnosprawną uzależnioną od pomocy innych. Dwunastej chemii „białej” już nie wzięłam. Dostałam wtedy leki na neuropatię, dzięki którym zaczęłam dochodzić do siebie. 

Operację przeszłam w październiku 2025 r. To była obustronna mastektomia z jednoczesną rekonstrukcją piersi. Bo po szerokich badaniach genetycznych okazało się, że mam mutację genu BRCA2. Wskazania do tego zabiegu więc były. Podobnie jak do kolejnego. Zdecydowałam się także usunięcie dróg rodnych, które jest zaplanowane na 1 kwietnia 2026 r. Gojenie się ran po mastektomii i rekonstrukcji oraz rekonwalescencja nie były bolesne. Bardziej dotkliwe były dla mnie skutki chemii. A neuropatię leczę do dziś. Kiedy coś w domu robię, to zakładam na dłonie obcisłe rękawiczki, aby nie odczuwać bólu. 

Całą chorobę przeszłam etapami. Tłumaczyłam sobie: „przeszłaś „czerwoną”, teraz przejdziesz „białą”; aby do przodu, aby do zdrowia, ale nie spiesz się, daj sobie czas…”. Kiedy dowiedziałam się o tym „zgrubieniu”, przestałam spać. To znaczy – nie chciałam zasypiać ze strachu, że się już nie obudzę. Brak snu i zwykłe, codzienne obowiązki sprawiały, że szybciej się męczyłam, co nie sprzyjało leczeniu – mój szpik kostny nie regenerował się. W pewnym momencie polecono mi psychologa, który był na oddziale onkologii, ale skorzystałam z pomocy psychiatry, już prywatnie. Dostałam od niego leki. Spać zaczęłam po trzeciej „czerwonej” chemii.  

Na początku mój mąż nie radził sobie z moją chorobą. Załamał się, był przerażony wizją, że zostanie sam z dwiema 12-latkami, kredytem na dom i wszystkimi rodzinnymi sprawami, które organizacyjnie i technicznie ogarniam ja. Żebym nie widziała tego jego miotania się, uciekał do swojego ulubionego miejsca, czyli garażu i tam zajmował się naprawą samochodów. Córki siedziały wystraszone w swoich pokojach. A ja… sama w salonie. I tak przez półtora miesiąca. Potem mąż doszedł do siebie. Dziewczynki, które celowo „odsuwałam” od trudnych informacji i sytuacji, dyskretnie obserwowane w szkole przez nauczycieli, też się wyciszyły, zaczęły pomagać w opiece nade mną („Mamuś, ja ci herbaty zrobię”, „Mamuś, może kanapkę zjesz…”) i usuwały się, kiedy czułam się naprawdę źle i potrzebowałam spokoju. 

I muszę to powiedzieć. U nas na raka leczy się pacjenta, a nie całe rodziny, które przecież ten rak tak bardzo dotyka… Brakuje u nas pomocy psychologicznej nad rodziną osoby chorej na raka, przez co ta często musi patrzeć na cierpienie swoich bliskich bez możliwości ulżenia im w ich bólu. I przykre jest też to, że pacjent z rakiem musi załatwiać sam wiele spraw związanych ze zwolnieniem lekarskim i zapewnieniem sobie wsparcia socjalnego podczas choroby, np. pozyskaniem świadczenia rehabilitacyjnego, świadczenia wspierającego czy orzeczenia o niepełnosprawności. Te sprawy powinny być regulowane jakoś „odgórnie”, bo my często nie mamy siły, aby się nimi zająć.   

Komórek rakowych już nie mam. Konsylium, które zebrało się dokładnie 31 grudnia 2025 r., zdecydowało, że radioterapii nie będzie. Zalecono mi terapię lekiem o nazwie Tamoxifen-EGIS, czyli leczenie hormonalne i wizyty kontrolne u onkologa co 3 miesiące… A jak jest teraz? Nowy dom nie cieszy mnie tak jak kiedyś. Bo mi po prostu zbrzydło siedzenie w nim. Nie jestem jeszcze tak silna, aby wrócić do moich ukochanych podróży, ale codziennie spaceruję. Wróciłam też do medytacji. Razem z lekami, pomaga mi na moje wahania nastrojów. Wciąż jednak jest tak, że potrafię się rozbeczeć z byle powodu. Wciąż „stawiam się do pionu” tłumacząc sobie, że z „tego” wyjdę. Bo ciągle jest tak, że choć komórek rakowych nie ma, a ja zaczynam mieć poczucie, że zaczynam drugie życie, to ten rak wciąż siedzi w mojej głowie i kotłuje moje emocje. 

Autorka: Magdalena Gajda na podstawie rozmowy z Magdaleną Nygą-Pilarz.

Zapisz się, aby otrzymywać najświeższe informacje ze świata onkologii!

Fundacja Onkologiczna Alivia powstała w kwietniu 2010 roku. Założycielem jest Bartosz Poliński – starszy brat Agaty, u której 3 lata wcześniej, w wieku 28 lat, został zdiagnozowany zaawansowany rak. Rodzeństwo namówiło do współpracy innych.

W momencie diagnozy rokowania Agaty były niepomyślne. Rodzeństwo zmobilizowało się do poszukiwania najbardziej optymalnych metod leczenia. Nie było to łatwe – po drodze musieli zmierzyć się z niewydolnym systemem opieki onkologicznej, trudnościami formalnymi i problemami finansowymi. Szczęśliwie, udało się im pokonać te przeszkody. Agacie udało się również odzyskać zdrowie i odmienić fatalne rokowania. Doświadczenia te, stały się inspiracją do powołania organizacji, która pomaga pacjentom onkologicznym w trudnym procesie leczenia.

Fundacja naświetla problem występowania chorób nowotworowych. Propaguje także proaktywną postawę wobec choroby nowotworowej i przejęcie inicjatywy w jej leczeniu: zdobywanie przez chorych i bliskich jak największej ilości danych na temat danego przypadku, podejmowania decyzji dotyczących leczenia wspólnie z lekarzem. Podpowiada również sposoby ułatwiające szybkie dotarcie do kosztownych badań w ramach NFZ (onkoskaner.pl), informacji o nowotworach złośliwych i ich leczeniu, jak również publikuje w języku polskim nowości onkologiczne ze świata na swojej stronie, jak i na profilu Alivii na Facebook’u.

W krytycznych sytuacjach fundacja pomaga organizować środki finansowe na świadczenia medyczne dla chorych, które nie są finansowane z NFZ. Zbiórkę funduszy umożliwia Onkozbiórka, które Alivia prowadzi dla potrzebujących.