– W nocy pociłem się tak bardzo, że czasem i trzy razy zmieniałem koszulki, w których spałem. W dzień byłem osłabiony i zdezorientowany. Przez rok chodziłem od lekarza do lekarza. Padały różne diagnozy. Na raka nie byłem gotowy. Miałem dopiero 22 lata. Ale kiedy już było wiadomo, co mi jest, to poczułem spokój – mówi Piotr Sobiepański (31 lat) z Kielc.
Żyć to ja dopiero zaczynałem. Skończyłem szkołę dla pracowników administracyjnych. Miałem swoje plany. A te objawy pojawiły się tuż po tym, jak rozpocząłem pracę w magazynie jednej z kieleckich firm. Miałem zdobyć doświadczenia i iść dalej. A tu nagle węzeł chłonny nad obojczykiem zaczął mi się powiększać. Przyznaję, że to zbagatelizowałem. Opuchlizna nie bolała, nie przeszkadzała, więc jej nie „ruszałem”. Na razie…
W ciągu roku opuchlizna powiększyła się. Doszły także inne objawy, takie jak: nocne poty, osłabienie, dekoncentracja i dezorientacja. A do tego jeszcze bardzo szybka utrata wagi. Nie pamiętam, u ilu lekarzy z tym byłem. Jedni mówili, że wszystko jest w porządku, drudzy, że to infekcja, albo stan po infekcji, a jeszcze inni, że to toksoplazmoza. Podstawowe badania takie jak morfologia krwi, czy USG nic nie wykazały.

Z pomocą przyszła ciocia. Pracowała w szpitalu na oddziale onkologii. Powiedziała o tych wszystkich oznakach jednemu z lekarzy. Kazał mi się natychmiast stawić na biopsję. Fragment węzła chłonnego pobrano mi w znieczuleniu miejscowym. Po badaniu histopatologicznym okazało się, że mam chłoniaka Hodgkina – nowotwór układu chłonnego. Nazywa się go też ziarnicą złośliwą. U mnie był już w IV stadium. O innych nowotworach sporo słyszałem. O chłoniaku zacząłem czytać jeszcze przed wynikami histopatologii. Jakoś podświadomie czułem, że i ja go mam. Gdy usłyszałem diagnozę, byłem zaskoczony, że moje przeczucia się potwierdziły, ale też spokojny, że już wiem, co to jest.
Zaczęło się od chemioterapii. Wlewów było wiele przez kilka lat. Pamiętam z tego czasu mdłości i tak mocne bóle brzucha, jakby mi ktoś w niego gwoździe wbijał. Nie mogłem przełknąć żadnego pokarmu. Zbawieniem były dla mnie wtedy niewielkie dawki morfiny. Podawano mi wtedy także równolegle sterydy. Była też remisja i był nawrót. Wtedy lekarz prowadzący leczenie zadecydował o wykonaniu przeszczepienia moich własnych komórek macierzystych. Zanim do tego doszło, przeszedłem kolejną bardzo agresywną chemioterapię.

Komórki macierzyste podawano mi w formie kroplówki. Nie odczuwałem ani przed, ani po podaniu preparatu żadnego bólu. Terapia była refundowana przez NFZ. W szpitalnej izolatce spędziłem miesiąc. W ścisłym reżimie sanitarnym. Odwiedzali mnie tylko lekarz i pielęgniarki. To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń. Starałem się ignorować moje emocje i zajmować głowę jakimikolwiek myślami, tylko nie o tym, co będzie… Po przeszczepie dochodziłem do siebie przez pół roku. Na szczęście już w domu.
Dołącz do nas!
Tu znajdziesz przygotowane specjalnie dla Ciebie darmowe wsparcie w zmaganiach z rakiem!
Do nawrotu choroby doszło po 8 miesiącach. Lekarze podjęli decyzję o kolejnym przeszczepie komórek macierzystych, ale tym razem od dawcy niespokrewnionego i nie w Kielcach, a w Warszawie. Aby przygotować organizm do przeszczepu, jeździłem do stolicy przez miesiąc na podanie kolejnych dawek leku biologicznego Adcetris. Drugi przeszczep komórek odbył się według tego samego schematu. Po powrocie do domu przez 2 miesiące przebywałem w domu albo blisko niego. Nie mogłem być w dużych skupiskach ludzi, aby nie doszło do żadnej infekcji. Byłem też na specjalnej, bardzo lekkostrawnej diecie. Pamiętam, że kiedy po kilku miesiącach pozwolono mi zjeść kebab, to był to dla mnie ogromny rarytas.
Na wizyty kontrolne jeździłem do Warszawy co miesiąc. Co jakiś czas miałem także badania PET. Po pewnym czasie kontrole były już co rok. Ostatnia w 2025 r. Wtedy powiedziano mi, abym poszukał lekarza, który zajmie się mną w Kielcach. Nawrotu nie było… Chociaż… Pewnego dnia odkryłem znowu powiększone węzły chłonne. Pamiętam jednak, że jakoś specjalnie się nie wystraszyłem. Nie miałem już takiego przeczucia, że to coś złego. I nie było. Węzły się wtedy powiększyły po infekcji, którą przeszedłem.

Emocjonalnie bywało różnie. Zawsze chciałem sobie poradzić ze wszystkim sam, patrzeć na wszystko z dystansem. Nie zawsze się udawało. Tak, zadawałem sobie pytania: po co to wszystko, to leczenie, to cierpienie, przecież i tak umrę. Ale też potrafiłem postawić siebie do pionu i zbesztać za to użalanie się nad sobą, które przecież nie ma sensu. Starałem się skupić na tym, co mogę kontrolować. Ludziom nie chciałem się żalić, bo oni mają własne problemy. Duże wsparcie dostałem od mamy – zwłaszcza organizacyjne i finansowe. Bez niej nie miałbym z czego żyć. A swoimi lękami nie chciałem jej obciążać, bo w tym samym czasie mój tata zachorował na raka pęcherza z przerzutami do mózgu i zmarł. Wyobrażasz sobie: jeden dom, trzy osoby, w tym dwie chorujące w tym samym czasie na ciężkie postacie nowotworu i jedna, która się nimi zajmuje. Chciałem więc, aby mama swoje emocje skupiła na tacie…
Po drugim przeszczepie przez 2 lata żyłem „pod kloszem”. Prawie nigdzie wtedy nie wychodziłem i z nikim się nie spotykałem. Większość czasu spędzałem w domu, a wychodziłem właściwie tylko do ogrodu. Oszczędzałem siły, regenerowałem się. Szukałem pracy, ale wrócić na rynek pracy po tak długim czasie było mi trudno. Nowe zajęcie znalazłem trzy lata temu. Podczas tych poszukiwań znowu robiłem wszystko, żeby tylko nie analizować przeszłości, teraźniejszości i nie tworzyć ponurych scenariuszy na przyszłość. Czytałem, uprawiałem sport – wspinaczkę i jazdę na rowerze, który stał się moją największą pasją. Zainteresowałem się też inwestycjami na giełdzie papierów wartościowych. Mam pewien plan na przyszłość, ale o nim nie opowiem, żeby nie zapeszyć. Zdjęcia z czasów choroby…? Nie mam ich. Nie chcę mieć z tego czasu za dużo wspomnień…
Autorka: Magdalena Gajda na podstawie rozmowy z Piotrem Sobiepańskim








