– Urodziłam czwarte dziecko, wniosłam pozew o rozwód i zmieniłam zamki w drzwiach do mieszkania. Po 16 latach męczarni moje małżeństwo się zakończyło. I kiedy już myślałam, że „wychodzę na prostą” dowiedziałam się, że mam raka. Bo w moim życiu zawsze jest „coś”. I to „coś” najczęściej jest złe… – mówi Anna Borak (46 lat) z Olkusza.
O życiu przed rakiem nie chcę mówić… Nie było mi łatwo… Już od dziecka. Urodziłam się w Cieszynie, ale wychowywałam w Olkuszu, u babci. Po szkole podstawowej chciałam uczyć się w gastronomicznej zawodówce, ale babcia sprzeciwiła się i wysłała mnie do „budowlanki”, żebym została technologiem robót wykończeniowych. Moje pragnienia się nie liczyły… Poznałam przyszłego męża. Pierwsze dziecko urodziłam, kiedy miałam 17 lat. Przerwałam naukę, zajęłam się córką. Nikt mi nie pomógł… Pół roku po narodzinach czwartego dziecka powiedziałam: dość. Złożyłam wniosek o rozwód. Dostałam go. Powodów było aż za dużo… Wiele opisanych w Niebieskiej Karcie…

Miałam czworo dzieci i dwie ręce… Wcześniej pracowałam tylko dorywczo, więc żeby utrzymać siebie i dzieci sprzątałam bloki i warsztaty. Jakiś czas później poznałam mojego obecnego partnera. Było między nami coś nowego – wspólne tematy, rozmowy, snucie planów, wzajemne wsparcie. To on zachęcił mnie, żebym w końcu zajęła się sobą. Trudno było mi się przełamać. Jak dotąd słyszałam tylko, że jestem nikim i do niczego się nie nadaję… Zebrałam siły i skończyłam liceum dla dorosłych. Taki prezent zrobiłam sobie na… 40 urodziny. Potem były jeszcze kursy zawodowe. Dzięki nim m.in. mam prawo jazdy (to było moje największe marzenie), umiem prowadzić wózki widłowe i porozumieć się w języku angielskim. Pracowałam w sklepach spożywczych z alkoholem, ale to było dla mnie coraz trudniejsze… Nietrzeźwi klienci przywoływali za dużo wspomnień. Zrobiłam więc kurs asystentki stomatologicznej. Pracy w nowym zawodzie nie znalazłam, bo najpierw „znalazł” mnie rak…
Badania cytologiczne robiłam co roku. Nie pokazywały niczego niepokojącego. Kiedy więc pojawiło się plamienie i ból podczas stosunku szybko poszłam do lekarza. Najpierw jednego, potem kolejnych. „Nie powinna pani tak ostrego seksu uprawiać” – powiedziała jedna z nich. Na jakiej podstawie wysnuła taki wniosek, to nie wiem. Nie miałam żadnych siników, otarć… Oburzyłam się i powiedziałam jej, że moim zdaniem powinna zrezygnować z zawodu… Dopiero ordynator ginekologii szpitala w Olkuszu powiedział mi, że to nie jest żadne plamienie tylko krwawienie. Położył mnie na oddziale, pobrał próbki do badania. Po 4 tygodniach okazało się, że to rak szyjki macicy. Był wrzesień 2025 rok. Piątek… Wahałam się. Gdzie szukać onkologa – w Krakowie czy w Katowicach? Wygrały Katowice, bo do Krakowa dalej i droga wiecznie zakorkowana. Przyjaciółka wysłała mi namiar do doktora Nowary z tamtejszego centrum onkologicznego. W poniedziałek miałam już z nim konsultację.

Śpieszyłam się bardzo. W rodzinie mojej matki kilka osób chorowało na nowotwory. Rok wcześniej syn mojego partnera, jeszcze dziecko, zmarł na guza mózgu, glejaka. Zbyt dużo znałam takich rakowych historii. Ale wciąż myślałam o tym, skąd u mnie wziął się ten rak, skoro wyniki wszystkich badań były idealne. Pamiętam tylko, że od jakiś 3-4 lat byłam ciągle zmęczona, taka „nie do życia”, bolały mnie plecy, a w nocy też nogi. Ale przecież w pracy dźwigałam ciężkie skrzynki, więc nie dziwiłam się, że mi nogi i kręgosłup nie wytrzymują. Byłam nawet u ortopedy i na rehabilitacji, ale nic nie pomogło. A ten ból był już wtedy od tego, że guz na szyjce macicy się rozwijał. Kiedy go odkryli to miał już 4 cm. Pełna diagnoza: złośliwy nowotwór szyjki macicy (rak płaskonabłonkowy rogowaciejący, G2, stadium IIB). Tego wszystkiego dowiedziałam się, kiedy już leżałam na oddziale onkologii.
Badania trwały 4 dni. A potem jeszcze bardzo długo, bo do 28 lutego 2026 r. czekałam na badanie PET, bo rak płaskonabłonkowy lubi przerzucać się na nerki, płuca i kości a lekarze chcieli mieć pełny obraz tego, co się tam w moim organizmie rozwija. Potem odbyło się konsylium, a po nim usłyszałam, że tego mojego raka nie da się usunąć operacyjnie, bo jest bardzo agresywny i już nacieka na pochwę. Właściwie to wykryli go w ostatniej chwili. Gdyby dalej się rozwijał, to przeżyłabym góra pół roku…
Dołącz do nas!
Tu znajdziesz przygotowane specjalnie dla Ciebie darmowe wsparcie w zmaganiach z rakiem!
Najpierw miałam chemioterapię – 11 wlewów, co tydzień. Przez pierwszych 6 czułam się całkiem znośnie. Potem byłam coraz słabsza, nie mogłam wstać z łóżka, chodzić. Były też inne dolegliwości, takie jak biegunki i wymioty. Zdarzało się, że do łazienki czołgałam się na kolanach… Włosy zaczęły mi wypadać na Wielkanoc. W Lany Poniedziałek poprosiłam partnera, żeby mi je ogolił. Do tej pory miałam włosy długie, jasno blond; upinałam je w koka. Popłakałam się przy tym goleniu, ale jakoś szczególnie mnie to nie dotknęło… Mój partner i dzieci zaangażowali się w opiekę. Pomagali też w obowiązkach domowych. Zresztą – ja się wcześniej do tej chemioterapii przygotowałam tak organizacyjnie. Na przykład, wiedziałam, że albo nie będę w stanie gotować, albo jeść stałych posiłków. Nagotowałam więc różnych potraw, zblendowałam i zamroziłam w oddzielnych porcjach. Ponieważ jednak byłam coraz słabsza i nie mogłam dojeżdżać do szpitala na kolejne wlewy, położyli mnie na oddziale na dłużej. A po chemii były jeszcze 23 zabiegi radioterapii i brachyterapia już bezpośrednio do pochwy. Kilka zabiegów miałam przekładanych. Byłam tak słaba, że podawali mi krew…

Leczenie zakończyłam 20 czerwca 2026 r. Skutki uboczne terapii są. Trudno mi się skupić, zapominam najprostszych słów. Mam też neuropatię. Biorę leki przeciwbólowe, ale miednica boli mnie tak bardzo, że czasem mam ochotę ją odciąć i położyć się obok niej. Mam też problemy z jelitami. Dieta lekkostrawna nie pomaga. Nie mam poczucia parcia stolca… Jest początek października. W listopadzie będę wiedziała co ze mną dalej…
Mówią, że jestem silna psychicznie. Nieprawda… Kiedy dowiedziałam się, że mam raka, to najpierw się wkurzyłam na los. Poszłam do przyjaciółki, postawiłam na stole butelkę wódki (ja – ta, która nienawidzi wódki i pijanych ludzi) i powiedziałam: polewaj! Upiłam się wtedy. Z żalu i rozpaczy. Byłam pewna, że już wyszłam w życiu z tego, co najgorsze, a tu znowu „coś”… Potem płakałam. Po trzech dniach przestałam palić papierosy i „postawiłam się do pionu”. Podeszłam do tego mojego raka zadaniowo. Lekarzy nie pytałam o nazwy leków, ale o objawy, skutki, konsekwencje. Nie angażowałam się w fora internetowe; kontakt utrzymuję tylko z dwiema pacjentkami, które poznałam w szpitalu. To mój sposób na to, żeby nie oszaleć od nadmiaru wiedzy.

O raku powiedziałam najstarszej córce, a ona młodszym dzieciom. Tylko najmłodszego, 8-letniego Ernesta (moje piąte dziecko, które mam już z moim partnerem) nie wtajemniczaliśmy w moją chorobę. Najtrudniej było z moim partnerem. Kiedyś usłyszałam niechcący, jak po śmierci swojego syna powiedział do kolegi, że mojego odejścia by już nie przeżył. W tych pierwszych tygodniach po diagnozie nie chciałam więc mojej rodziny angażować. Sama jeździłam na badania, konsultacje, poprosiłam psychiatrę o leki na wyciszenie. I wiesz co? Tak mi było ciężko samej z tym wszystkim… Brakowało mi kogoś, kto by mnie pocieszył, przytulił, zapewnił, że wszystko będzie dobrze… Jeśli mogę coś doradzić – jeśli jesteś w takiej sytuacji, to nie rób tego co ja, bo ja źle zrobiłam. Pozwól swoim bliskim, żeby cię wspierali. Bo to Tobie ma być wtedy lżej. I możesz płakać, wyć, krzyczeć – tylko nie siedź w pokoju sama ze swoimi myślami. To najgorsze co możesz zrobić.
Autorka: Magdalena Gajda na podstawie rozmowy z Anną Borak
Materiał stworzony we współpracy z Roche Diagnostics Polska sp. z o.o. w ramach kampanii edukacyjnej Wykryj HPV.








