– Kiedy ktoś mnie pyta o wiek, to odpowiadam, że mam 35 lat. Choć, kalendarzowo, mam ich 36. Tego jednego roku nie liczę, bo „zabrał” mi go rak. I wolę też nie liczyć, ile lat by mi jeszcze zabrał, gdybym nie dostała w porę pomocy – mówi Katarzyna Dzik, Podopieczna Onkofundacji Alivia.
– Mam napisać, że jesteś z Gdańska, czy z Kielc?
Katarzyna Dzik: Z Gdańska. Jestem dumną gdańszczanką z wyboru (śmiech). Ale pochodzę z Kielc. W Kielcach mieszkają moi rodzice i jeden z braci. Siostra ulokowała się w Warszawie, a najmłodszy brat studiuje w Gdyni. Przeniosłam się do Gdańska, bo szukałam swojego miejsca na ziemi i chciałam spróbować czegoś nowego. Tuż przed chorobą znalazłam pracę, z której bardzo się cieszyłam i byłam dumna. O raku dowiedziałam się 2 miesiące po jej rozpoczęciu. Pracodawca nie przedłużył mi umowy. Byłam wtedy na zasiłku rehabilitacyjnym. Trochę więc go rozumiem… No tak to jest, że choroba często wywraca życie do góry nogami…

– A ten rok, którego nie liczysz, to dokładnie który?
K.D.: Całkiem niedawny – 2024. Jak co roku zrobiłam USG piersi. Bardzo dbałam, aby go nie przegapić. To badanie na stałe wpisałam do kalendarza, bo profilaktyka to podstawa, prawda? Badanie rok wcześniej nic nie wykazało. A w 2024 roku USG wykonywał technik, który specjalizował się w nowotworach piersi i już po jego minie, jeszcze przed oficjalnymi wynikami, wiedziałam, że coś jest nie tak… Dostałam kartę DiLO i skierowanie do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. To wszystko tak sprawnie przebiegało, że czułam się jak… swoja własna sekretarka. Wciąż odbierałam telefony od kolejnych osób – a to w sprawie badań, a to konsultacji itd. Praca na cały etat! Finalnie okazało się, że w lewej piersi mam niewielki guzek. To był rak hormononiezależny. Lekarzy najbardziej zdziwiło to, że ten mały guzek dał już przerzuty do węzłów chłonnych pod pachą.
– Jeśli się nie mylę w obliczeniach, miałaś wtedy 34 lata…
K.D.: Dokładnie tak. I tutaj, muszę to powiedzieć, miałam szczęście, że dostałam się „pod skrzydła” doskonałej onkolożki, dr Kufel-Grabowskiej, która specjalizuje się w pracy z młodszymi pacjentami. I ona zaczęła leczenie od skierowania mnie na… procedurę zabezpieczenia płodności jajeczek. Gdybym w przyszłości chciała mieć dzieci. A potem były w kolejności: 6-miesięczna chemioterapia (12 „białych” chemii i 4 „czerwone”), operacja oszczędzająca pierś z wycięciem guza i węzłów pod pachą, a dalej radioterapia.
– Czy na czas terapii wróciłaś do domu rodzinnego?
K.D.: Nie. Zostałam w Gdańsku. I to był bardzo świadomy wybór. Bo tutaj miałam, w moim przekonaniu, lepszą opiekę medyczną i przyjaciół, którzy wspierali mnie każdego dnia. Rodzice, rodzeństwo do mnie dojeżdżali. Miałam wokół siebie wielu ludzi pełnych ogromnej, pozytywnej energii. Przeszłam przez to wszystko z uśmiechem na twarzy i w trybie walki. Myślałam, że wygrałam. A wtedy wyniki badania histopatologicznego pokazały, że „chemia” i naświetlania komórek rakowych jednak „nie wybiła” wszystkich komórek rakowych. Że rak „zajął” kolejne węzły chłonne, a nawet wyszedł poza nie… Moja chirurżka powiedziała, że właściwie, dopóki ten rak jest w węzłach chłonnych, to nic się nie stanie, ale kiedy „wyjdzie” poza nie, to już dobrze nie będzie.

– Był jakiś plan na to, żeby zatrzymać komórki rakowe?
K.D.: Tak. Zarekomendowano mi terapię pewnym lekiem. Najpierw się ucieszyłam, że jest jakiś lek, który mi pomoże, ale gdy dowiedziałam się, ile ten lek kosztuje, to mi mina zrzedła. Nie miałam 350 tysięcy złotych na dwuletnią kurację. Taka była cena rynkowa tego leku. Refundowanych zamienników tego leku nie było. Szukałam więc jakichś programów rządowych, myślałam o wyjeździe na leczenie za granicę. Kiedy już masz świadomość, że jest lek, który ci pomoże, to starasz się zrobić wszystko, aby go dostać. Ja się ostatecznie zdecydowałam na zbiórkę publiczną, żeby zdobyć na niego pieniądze.
Dołącz do nas!
Tu znajdziesz przygotowane specjalnie dla Ciebie darmowe wsparcie w zmaganiach z rakiem!
– Domyślam się, że zanim założyłaś zbiórkę, zrobiłaś rozpoznanie w różnych miejscach. Co Cię przekonało do serwisu www.moja.alivia.org.pl?
K.D.: Oczywiście, że zrobiłam research wśród platform i organizacji pozarządowych, które oferują zbiórki. Kiedy zadzwoniłam do Fundacji Alivia i porozmawiałam z osobą, która zajmuje się zbiórkami, to najpierw poczułam się tak emocjonalnie zaopiekowana. A informacje, które otrzymałam, przekonały mnie, że tam jest wszystko dobrze zorganizowane i klarowne – i dla mnie i, co ważniejsze, dla osób, które będą dzielić się ze mną swoimi pieniędzmi.
Wiedziałam, że chce mnie wesprzeć wielu ludzi. Nawet nasi sąsiedzi w Kielcach dopytywali, jak mogą to zrobić. Ważna była więc dla mnie wiarygodność i rzetelność. A Alivia bardzo o to dba. Żeby założyć tam zbiórkę, trzeba m.in. dostarczyć dokumenty medyczne, podać nazwę leku, jego dawkowanie, czas terapii, wskazać, na jakie cele zostaną przeznaczone pieniądze pozyskane podczas zbiórki, a także przekazać faktury, rachunki do rozliczenia. Co więcej, Fundacja autoryzowała tekst, który napisałam na stronę zbiórki, byłam więc pewna, że wszystkie treści są poprawne pod każdym względem. Ja wprawdzie z tego nie skorzystałam, ale wiem, że Fundacja, na prośbę osoby prowadzącej zbiórkę może wydrukować dla niej ulotki. Ja skupiłam się na informacji w internecie, dlatego zależało mi na pełnej wiarygodności. Mój apel poszedł tak szerokim wiralem, że potrzebną kwotę już uzbierałam.
– Czy skorzystałaś z innych benefitów dla podopiecznych Fundacji Alivia?
K.D.: Bardzo mi pomogły bezpłatne przejazdy taksówkami na trasie do szpitala i ze szpitala do domu. Własnego samochodu nie mam, a z moją obniżoną odpornością nie chciałam poruszać się komunikacją miejską, aby czegoś nie „złapać”. Poprosiłam także o porady prawne w związku z moim zatrudnieniem i relacjami z ZUS-em, a także skorzystałam z porad dietetyka i dostałam od Fundacji książkę-poradnik jak żyć z rakiem i po raku. Wiesz, że nawet myślałam o tym, żeby zostać kimś w rodzaju ambasadorki Fundacji Alivia w Gdańsku i pomagać bardziej dojrzałym pacjentkom, które nie znają się na internecie, żeby te wszystkie sprawy w sieci im „ogarnąć”. Ale na razie muszę odpocząć…

– Odpoczywasz czynnie?
K.D.: Na miarę możliwości. Bardziej wychodzę do ludzi. Ta słabsza odporność już mnie tak nie przeraża. Szukam stałej pracy. Wróciłam na zajęcia taneczne do Zespołu Pieśni i Tańca Gdańsk, w którym tańczę. W święto Bożego Ciała miałam pierwszy występ po dwóch latach przerwy. Zaczęłam też studia: Taniec w Terapii i Rozwoju. Mam taki pomysł, żeby pójść w kierunku arteterapii, prowadzić zajęcia najpierw dla dzieci, a potem dla dorosłych. Niestety są też dni, kiedy nie mam siły podnieść się z kanapy, albo… wyjść z domu, bo ubocznym efektem przyjmowania leku jest biegunka. Nie mogę się pogodzić z tą nieprzewidywalnością choroby. Z tym że jednego dnia jest wszystko w porządku, a następnego dnia czuję się jak ameba… Do tego wszystkiego przechodzę jeszcze teraz menopauzę. Zakończę ją około czterdziestki. Więc menopauzy będę miała w życiu dwie. Żartuję, że kiedy inni dwa razy przeżywają młodość, to ja dwa razy przeżyję medyczną starość…
– A jesteś już „po raku”?
K.D.: To jest tak: ten drogi lek będę jeszcze brała przez rok, dodatkowo mam hormonoterapię. Badania (USG i rezonans) pokazują, że jest wszystko w porządku. Staram się więc myśleć, że jestem „po raku”, ale czy on mi tam jakichś komórek np. w małym palcu u stopy nie zostawił – tego pewna nie jestem…
Z Katarzyną Dzik, podopieczną Fundacji Onkologicznej Alivia rozmawiała Magdalena Gajda.
Dołącz do społeczności dla osób chorych onkologicznie Moja Alivia
Masz nowotwór lub wspierasz bliską osobę? Dołącz do nas – za darmo!
W społeczności Moja Alivia uzyskasz bezpłatne porady ekspertów, vouchery na taxi, wsparcie informacyjne i wiele innych. Wejdź na moja.alivia.org.pl i skorzystaj z benefitów, które oferujemy.








